Moje uświadomienie w myśliwskim przyrządzaniu jedzenia nastąpiło w dniu, kiedy mama zostawiła mnie w domu z poleceniem przyrządzenia obiadu i górą pięknych ciemnoczerwonych piersi czapli.
Nastoletnia znajomość łowieckich obyczajów szybko skojarzyła rozwiązanie: na wszystkich męskich spotkaniach, dyrekcją w gotowaniu (i nie tylko) zajmował się serdeczny kolega taty „po lufie”, uznany lekarz, wśród kolegów myśliwych zwany w opowieściach „Doktorem Strosmajerem”. Doktor odebrał mój telefon i po wysłuchaniu problemu z wielkim przekonaniem oraz satysfakcją rozpoczął: „Zacznij od zupy cebulowej…”. Jego pomysł na bitki z piersi czapli okazał się niemałym sukcesem, mimo iż dusiły się ze zróżnicowaną skutecznością… krótko mówiąc: niektóre wyszły twarde jak podeszwa od gumaków. Ale to położyliśmy na karb stuletnich czapli.
Jednak to nie ja jestem specjalistką od dzikiego jadła. Większość przepisów podała mi moja mama, chociaż zamiłowanie do polowań i jedzenia poskutkowało dużą wiedzą na temat takich potraw również u mojego ojca, siostry i brata.
Przytaczam tu dużą część naszych wspólnych kulinarnych doświadczeń.


